Nie wiem, czemu, ale strasznie zwlekałam z tym postem, podczas gdy moje przerwy między poszczególnymi częściami były chyba z tysiąc razy krótsze. Zakochałam się zarówno w książce jak i jej bohaterach. Choć przeżyłam z nią też kilka zawodów, to nie potrafię krótko wyrazić, jak i dlaczego tak bardzo polubiłam "Powód by oddychać" oraz "Oddychając z trudem" Rebecki Donovan.
Dlatego jestem też wdzięczna, że przyjaciółka poprosiła o tą książkę na święta. W przeciwnym wypadku, możliwe, że dalej byłaby wśród tych do przeczytania, czego bardzo bym żałowała.
Dlatego jestem też wdzięczna, że przyjaciółka poprosiła o tą książkę na święta. W przeciwnym wypadku, możliwe, że dalej byłaby wśród tych do przeczytania, czego bardzo bym żałowała.
*polecam włączyć na czas czytania*
"Oddechy" to przede wszystkim opowieść o nastoletniej Emmie, która, jak mogłoby się zdawać, przeżywa typowe dla swojego wieku problemy. Jednak "nic bardziej mylnego". Jej problemy to zdecydowanie coś więcej niż jakiś okres buntu, jedynka z przedmiotu czy to, w co ma się ubrać następnego dnia. Sytuacja w domu sprawiła, że dziewczyna stała się nieprzeciętnie ambitna, ale i nie chce nikogo do siebie dopuścić poza najbliższą przyjaciółką Sarą. A wszystko po to, by coś udowodnić, nie być ciężarem. By wyjechać i móc zostawić za sobą tak nękającą przeszłość i teraźniejszość. Coś jednak zaczyna się zmieniać, kiedy do szkoły przychodzi nowy uczeń i pragnie przebić mur, który dziewczyna tak długo wokół siebie stawiała.
Kiedy już coś się poprawiło, coś innego musiało legnąć w gruzach.
Choć od przeczytania pierwszego i drugiego tomu minęło sporo czasu, ja wciąż o tej książce myślałam. I mimo, że dla mnie nie była aż tak wzruszająca (poza kilkoma momentami w "Oddychając z trudem"), co właśnie stanowiło dla mnie jeden z naprawdę nielicznych zawodów, to z czystym sumieniem mogę zgodzić się z określeniem emocjonalnego rollercoastera. Rebecca Donovan stworzyła absolutnie niesamowitą, wciągającą i wstrząsającą powieść. A nawet jeśli jakiś z wątków był do przewidzenia, to i tak chciało się to czytać. Naprawdę, dawno nie zdarzyło mi się, by pochłonąć coś takiego w niecały tydzień.
Dodatkowo, przyznam, że "opóźnione" czytanie ma swoje plusy. Sposób, w jaki każda z części została zakończona, był tak szokujący, że po głowie zaczynały krążyć tylko 2 pytania. Jak to? Co dalej?! I aż chce się od razu sięgnąć po kolejny tom. Dlatego też wielką ulgą był dla mnie fakt, że cała seria została już wydana. Nie wiem, czy zniosłabym czekanie. A dodam, że ja naprawdę nie potrzebuję być wciśnięta w fotel przy ostatnim rozdziale, by kontynuować jakąś serię. Spokojne zakończenie też wystarczy, by "kupić" fabułę, autora i jego następnego książkę.
Swoją drogą, na swojej stronie autorka pisała, że Powód by oddychać od początku był pisany jak film. Dowiedziawszy się jednak, że musiałaby wyciąć kilka scen napisała: "But how can I possibly decide which scenes are relevant and which are not? (...) I can’t. Every moment is important to Emma’s journey." (ale więcej znajdziecie tutaj)
To mnie ogłupia. (...)
Z każdą stroną coraz bardziej podziwiałam Emmę za jej siłę i wytrzymałość. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić bycia na jej miejscu. Jej postawa uczyła mnie, ale czasem i denerwowała ze względu na podejmowane przez nią decyzje. Poza tym, nie wiem czemu, ale jej postać bardzo często kojarzyła mi się z Radiohead, a właściwie z ich piosenkami.
Choć naprawdę lubię ten zespół, cieszę się, że występuje tu też tak kontrastowa postać, jaką jest Sara. Towarzyska, zabawowa, entuzjastyczna, ale i opiekuńcza. Rozumie Emmę bez słów i zawsze potrafiła być dla niej wsparciem, zwłaszcza w najtrudniejszych chwilach. Jednak ze wszystkich bohaterów chyba najbardziej polubiłam Evana. Niestety, nie zdradzę dlaczego. Zresztą i tak cały czas boję się, że powiem za dużo (dlatego też mało piszę o tomie drugim, który zdecydowanie różni się od poprzedniego).
Uważam, że Powód by oddychać jest książką naprawdę godną polecenia. W dodatku, sama postanowiłam sobie, że kiedyś będę musiała ją przeczytać ponownie i cieszę się, bo pisząc, na nowo zafascynowałam się serią i wróciłam do porzuconego "Biorąc oddech".
Kiedy już coś się poprawiło, coś innego musiało legnąć w gruzach.
Zaakceptowanie tego było najtrudniejszą lekcją, którą musiałam odrobić.
Choć od przeczytania pierwszego i drugiego tomu minęło sporo czasu, ja wciąż o tej książce myślałam. I mimo, że dla mnie nie była aż tak wzruszająca (poza kilkoma momentami w "Oddychając z trudem"), co właśnie stanowiło dla mnie jeden z naprawdę nielicznych zawodów, to z czystym sumieniem mogę zgodzić się z określeniem emocjonalnego rollercoastera. Rebecca Donovan stworzyła absolutnie niesamowitą, wciągającą i wstrząsającą powieść. A nawet jeśli jakiś z wątków był do przewidzenia, to i tak chciało się to czytać. Naprawdę, dawno nie zdarzyło mi się, by pochłonąć coś takiego w niecały tydzień.
Dodatkowo, przyznam, że "opóźnione" czytanie ma swoje plusy. Sposób, w jaki każda z części została zakończona, był tak szokujący, że po głowie zaczynały krążyć tylko 2 pytania. Jak to? Co dalej?! I aż chce się od razu sięgnąć po kolejny tom. Dlatego też wielką ulgą był dla mnie fakt, że cała seria została już wydana. Nie wiem, czy zniosłabym czekanie. A dodam, że ja naprawdę nie potrzebuję być wciśnięta w fotel przy ostatnim rozdziale, by kontynuować jakąś serię. Spokojne zakończenie też wystarczy, by "kupić" fabułę, autora i jego następnego książkę.
Swoją drogą, na swojej stronie autorka pisała, że Powód by oddychać od początku był pisany jak film. Dowiedziawszy się jednak, że musiałaby wyciąć kilka scen napisała: "But how can I possibly decide which scenes are relevant and which are not? (...) I can’t. Every moment is important to Emma’s journey." (ale więcej znajdziecie tutaj)
To mnie ogłupia. (...)
Zamykam oczy, by nie widzieć prawdy. (...)
Odcinam się. Wolę nie widzieć. Nigdy nie proszę o pomoc.
Próbuję nawet przekonywać, że nic wielkiego się nie dzieje.
I że nikt się nie zorientuje.
Z każdą stroną coraz bardziej podziwiałam Emmę za jej siłę i wytrzymałość. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić bycia na jej miejscu. Jej postawa uczyła mnie, ale czasem i denerwowała ze względu na podejmowane przez nią decyzje. Poza tym, nie wiem czemu, ale jej postać bardzo często kojarzyła mi się z Radiohead, a właściwie z ich piosenkami.
Choć naprawdę lubię ten zespół, cieszę się, że występuje tu też tak kontrastowa postać, jaką jest Sara. Towarzyska, zabawowa, entuzjastyczna, ale i opiekuńcza. Rozumie Emmę bez słów i zawsze potrafiła być dla niej wsparciem, zwłaszcza w najtrudniejszych chwilach. Jednak ze wszystkich bohaterów chyba najbardziej polubiłam Evana. Niestety, nie zdradzę dlaczego. Zresztą i tak cały czas boję się, że powiem za dużo (dlatego też mało piszę o tomie drugim, który zdecydowanie różni się od poprzedniego).
Uważam, że Powód by oddychać jest książką naprawdę godną polecenia. W dodatku, sama postanowiłam sobie, że kiedyś będę musiała ją przeczytać ponownie i cieszę się, bo pisząc, na nowo zafascynowałam się serią i wróciłam do porzuconego "Biorąc oddech".
Wybaczcie, jeśli byłam tu chaotyczna, jednak pisząc, naprawdę nie potrafiłam stwierdzić, co powinno być uwzględnione najpierw, co później. Za dużo myśli.
Nie możesz zaplanować bycia spontanicznym.

mam w planach przeczytać, ale ciągle jakoś wybieram coś innego :(
OdpowiedzUsuńTaaak też tak mam. Wiele książek na liście, coś sobie wybieram, a potem i tak ląduję z czymś kompletnie innym haha
UsuńZresztą, tak też miałam z Oddechami, ale na pewno nie żałuję ;)
Brzmi super, moje klimaty :) Rezerwuje jak tylko pojawi się w mojej bibliotece. W wolnej chwili zapraszam do mnie na czytanienaprawdeuzaleznia.blogspot.com Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń